sobota, 12 listopada 2011

Drapolicz - Mierzeja Wiślana

Zdarzenie to miało miejsce w październiku w dniach 07 - 09.10.2011 tj. w okresie najlepszym do obserwacji ptaków migrujących na zimowiska. Szybka narada w szeregach członków WST i natychmiastowa decyzja o wyjeździe nad morze by móc uczestniczyć w tym corocznym cudzie natury. Mierzeja Wiślana to małej szerokości kawałek lądu oddzielający Zatokę Gdańską od Zalewu Wiślanego.
Widok na Zatokę Gdańską
Widok na Zalew Wiślany
Tak wąski przesmyk jest miejscem gdzie podczas przelotu ptaki koncentrują się na niedużym obszarze by nie lecieć nad otwartą wodą. Zawsze gdy leci się nad lądem to w przypadku załamania pogody jest gdzie wylądować. I ten fakt skrupulatnie wykorzystują ptaki i sprytni ornitolodzy. Ptaki by bezpiecznie odbywać długą i wyczerpującą podróż, a ornitolodzy by dokonywać liczeń migrujących i obserwacji rzadkich ptaków. "Drapolicz" poświęcony jest w szczególności liczeniom migrujących ptaków drapieżnych. A, że jest co liczyć przekonaliśmy się naocznie sami gdy jednego dnia podczas kilku godzin stania na punkcie stwierdziliśmy ponad 230 krogulców, około 20 błotniaków zbożowych, kilka sokołów wędrownych, myszołowów, drzemlików.
Myszołów
Krogulec
Co do jednego wszyscy uczestnicy wyjazdu byli zgodni - nie ma w Polsce lepszego miejsca do nauki rozpoznawania drapieżników w locie. Można się napatrzeć na nie w różnym świetle, w różnej odległości (czasami niemalże zahaczają :-) o głowy gdy stoi się na wieży obserwacyjnej) i pod różnym kątem. Jednakże nie każdemu będzie dane zobaczyć te cuda. Spytacie dlaczego? Ano dlatego, że by dostać się na punkt "Drapolicza" trzeba odbyć morderczą wspinaczkę na strasznie stromą wydmę, którą wszyscy jednogłośnie ochrzcili K2 :-)! Wierzcie mi góra sama zdecyduje kto jest godny i zasłużył na chwile szczęścia, a kto obejdzie się tylko smakiem :-)!
Tak wygląda wieża na której spędzaliśmy po kilka godzin dziennie
Wieża to wyśmienite miejsce do prowadzenia obserwacji. Widać wszystko i na wszystkie strony.
A tu ja z Marcinem Stefańczykiem na wieży
A tu autor pod więżą "Drapolicza" na szczycie wydmy K2
Tędy również odbywa się dywanowy przelot wróblaków, który skojarzył mi się od razu z widokiem japońskich myśliwców Zero-sen w filmie "Bitwa o Midway". To niepowtarzalny i niezapomniany widok gdy stoisz na wieży obserwacyjnej, a sikory, zięby, świergotki setkami przelatują wokół ciebie, ślizgając się po koronach drzew. Dla niektórych nie wystarczyło miejsca na wieży i musieli prowadzić obserwacje z lądu :-).
M-ŚTO w akcji
Robert Miciałkiewicz coś zauważył, bo przyjął bojową postawę
Zaletą tego magicznego miejsca jest to, że można w każdej chwili przenieść się na seawatching i poszukać ptaków lecących wzdłuż brzegu nad lustrem wody.
Marek Twardowski (Twardy) podczas porannego seawatchingu
 To miejsce każdy szanujący się w Polsce ptasiarz powinien choć raz w życiu odwiedzić. My wiemy jedno - wrócimy tam w przyszłym roku :-)!

piątek, 11 listopada 2011

WST w akcji

A cóż to takiego to WST ktoś mógłby spytać? Otóż WST to skrót nazwy samozwańczej, apolitycznej organizacji pozarządowej (klubu), która w pełni brzmi: Warsaw Swarek Team. Zrzeszenie owo powstało jakieś kilka lat temu (w zasadzie to sami nie pamiętamy kiedy :-) ?) pod wpływem spontanicznego impulsu na którymś z wyjazdów terenowych. I tak już zostało.
W skład tego klubu/zespołu/organizacji wchodzą posiadacze, miłośnicy i sympatycy sprzętu marki Swarowski, którzy w wielu przypadkach używają go na co dzień do obserwacji ptaków w terenie.
Swarki w boju! A tu widać trzech członków założycieli
Obserwacje na Jeziorsku

Na zbiorniku Jeziorsko podczas przelotów ptaków są tysiące i ciągle ktoś odkrywa nowy gatunek wśród tłumu ptaków
Czasami trzeba przejść po niezłym błotku. Tu na cofce na Jeziorsku
Bywamy wszędzie, w różnych miejscach. Tu w kultowym Popowie Kościelnym
Mamy swojego samozwańczego prezesa (którego przedstawiać nie trzeba, bo wszyscy zainteresowani dobrze go znają :-))
Ten pan to Prezes WST :-)
i wielu dyrektorów :-) pełniących różne zaszczytne funkcje w organizacji i pokrywających różne obszary działania np.: dyr naukowy, dyr ds. terenowych, dyr ds. logistyki i transportu, dyr marketingu, dyr ds kontaktu z mediami :-) itp.
Trzech muszkieterów sprawdza moc i jakość swoich lornetek Swarka
Tych dwóch dżentelmenów również jest dobrze znanych w świecie ptasiarskim, szczególnie na Mazowszu 
Tu Swarki zdominowały wał nad Bugiem w poszukiwaniu rarytów
Każdy znajdzie u nas dla siebie jakąś fajną :-) i strategicznie ważną funkcję :-). Każdego miłośnika ptaków chętnie powitamy w naszych szeregach. Ostatnio pozyskaliśmy kolegę dyrektora ds. obrączkowania i migracji ptaków.
WST zajmuje się generalnie obserwacją ptaków w terenie, ale nie tylko. Dzięki członkom - specjalistom różnych branż wspieramy w działaniach organizacje takie jak OTOPM-ŚTOSTOPAvestomTFPKulingMultico.
Tego dżentelmena nie trzeba przedstawiać nikomu :-)!  To nasz Antek gdy był  troszkę  młodszy, a zdjęcie pochodzi z czasów gdy OTOP nie wiedział jeszcze jaki skarb pozyska do swoich szeregów
Tu pomagamy w organizacji "Europejskich Dni Ptaków (EDP)" przy stanowisku umieszczonym na moście Łazienkowskim
WST aktywnie edukuje młodzież, bo czym Emilek za młodu się zainteresuje tym Emil będzie się interesował przez dalsze  lata życia :-). Na zdjęciu ulubiony uczeń prezesa :-)!
Świadczymy różnego rodzaju usługi: zdjęcia ptaków, analizy liczebności i występowania ptaków, ekspertyzy "wiatrakowe", obrączkowanie itp. Mamy już w tych obszarach bogate doświadczenie.
WST uczestniczy w wielu akcjach charytatywnych dotyczących ptaków. Jedną z nich jest "Drapolicz" gdzie liczyliśmy ptaki migrujące jesienią na Mierzei Wiślanej, ale o tym napiszę osobną relację, bo działo się, oj działo i to dużo.
I ty możesz zostać członkiem WST!

Przyjdź! Zobacz! Wstąp w nasze szeregi!

Tu nauczysz się obserwacji ptaków!

Razem osiągniemy wiele!

Tu nauczysz się dokonywać właściwych wyborów!


Serdecznie powitamy w naszych szeregach wszystkie panie!

wtorek, 8 listopada 2011

Mazowieckie mornele, czyli darmowe kąpiele błotne dla fotografa


Ech na co mi przyszło na stare lata. Ja człowiek o ścisłym umyśle, który z języka polskiego w liceum miał u pani Kalinowskiej trójkę plus wziąłem się za pisanie artykułów na mój blog o fotografii przyrodniczej J. Wstałem rano, złapała mnie wena twórcza i na głodniaka zasiadłem do pisania. Mój ojciec zawsze powtarzał mi gdy uczęszczałem do szkoły, że uczeń lekko głodny lepiej myśli niż ten przejedzony, więc może coś z tego mojego pisania będzie J?
Wszystko wydarzyło się jesienią, bo jest to czas gdy mornele odbywają swoje migracje na zimowiska. Co ciekawsze zwykle częściej obserwowane są przez ornitologów o tej porze roku mimo, że wiosną lecą w przeciwną stronę i również do postojów oraz żerowania wykorzystują pola orne.
Mornelowe pole...
Jednak wiosną doniesień o ich obserwacjach jest bardzo mało lub nie ma wcale. Dlaczego spytacie? Być może wynika to z faktu, że ornitolodzy mają wiosną „pełne ręce roboty” J i nie koncentrują się na trudnych tematach, bo do takich bez wątpienia należy wykrycie stadka kilku niedużych ptaszków w bezkresie pól ornych.
Mornela skrytego pomiędzy bruzdami zaoranego pola ciężko dostrzec.
Mornel na polu ornym.
Tak naprawdę trzeba poświęcić wiele godzin na chodzenie po polach i to bez gwarancji, że będą tam mornele. A wszem i wobec wiadomo, że jakieś rozlewiska, stawy, rzeki wraz z otaczającymi je trzcinami, łąkami, polami i zadrzewieniami są siedliskiem gdzie występuje bardzo dużo ptaków i tam na pewniaka zobaczymy wiele gatunków. Jest to więc dużo łatwiejsze i przyjemniejsze. Prawdopodobnie dlatego niewielu jest śmiałków, którzy mają tyle samozaparcia (bo tak trzeba to nazwać J!) by godzinami przemierzać pola (a chodzenie po błotnistym polu ornym do łatwych nie należy, o czym powiem później) i wpatrywać się przez lornetkę czy lunetę w pustą, bezkresną przestrzeń. W tym wszystkim ważne jest to, że gdy mornele znajdą dogodne żerowisko (czytaj: pole) to istnieje duża szansa, że zagoszczą tam dłuższy czas i tylko załamanie warunków pogodowych spowoduje, iż polecą dalej. Tak też było w moim przypadku. Otrzymałem informację od kolegi z M-ŚTO (Mazowiecko-Świętokrzyskie Towarzystwo Ornitologiczne), iż widział on stado 9 morneli na polach pod Węgrowem. Nie namyślając się długo podjąłem wraz z kolegą Robertem Miciałkiewiczem decyzję, że jedziemy i szukamy, a być może będzie nam dane zobaczyć ów arcy ciekawy i rzadko obserwowany w Polsce gatunek ptaka. Hołdując zasadzie, że nie ma złej pogody na ptaki, są tylko źle ubrani ludzie skoro świt pojechaliśmy pod wskazany adres.
Mornel w pełnej krasie
Mornel przycupnięty do ziemi jest niewidoczny
Był ciepły, aczkolwiek nieco pochmurny wrześniowy dzień. Jednak taka pogoda jest dużo lepsza do obserwacji ptaków z dwóch powodów: nie jest gorąco i nie ma ostrego słońca, które powoduje, że ptaszek o brązowo-kremowym ubarwieniu siedzący pomiędzy zaoranymi bruzdami jest praktycznie niezauważalny na tle brązowego pola ornego. Tak naprawdę, jak to jest w wypadku wszystkich ptaków, najłatwiej stwierdzić obecność morneli po głosie lub w momencie gdy wzniosą się ponad linię horyzontu przelatując z miejsca na miejsce. I dlatego był ze mną Robert, bo on nie dość, że rozmawia z ptakami to zna wszystkie możliwe ich głosy: godowe, kontaktowe i ostrzegawcze jakie często wydają ptaki gdy zobaczą na niebie drapieżnika. Taki człowiek pod ręką to żywy skarb o czym przekonał się zespół uczestników rajdu ptasiarzy z 2010 roku o dźwięcznej nazwie MSW J (skrót od Miciałkiewicz-Stelmach-Wacławik i proszę nie mylić tego z niczym innym J!) Gdy zbliżyliśmy się do wskazanego nam miejsca tak naprawdę nieco się załamaliśmy, bo owszem ptaki widziane były na jednym kawałku, ale podobnych pól było tam wkoło wiele i tak naprawdę mogły siedzieć wszędzie. Było to jak przysłowiowe szukanie igły w stogu siana. No cóż pomyślałem, zadanie nie jest łatwe, ale w końcu do rozwiązywania trudnych zadań w pracy przywykłem to i temu „projektowi” J (modne słowo ostatnimi czasy w korporacjach) podołam. Rozpoczęliśmy skanowanie terenu wszelkim możliwym sprzętem optycznym najwyższej jakości. Na nasze nieszczęście ptaki nie odzywały się. Pochmurna pogoda i wiatr spowodowały, iż siedziały gdzieś tam w bezkresie pól cichutko przycupnięte z nadzieją, że wprawne oko ptasiarzy ich nie dostrzeże. I tu się myliły J. Po półtorej godziny wpatrywania się w pole jeden z morneli popełnił błąd taktyczny i wyszedł daleko od nas na granicę pola i nieba. Tego tylko było nam trzeba. Został natychmiast zauważony przez niezastąpionego Roberta. Gdy znaliśmy już lokalizację jednego to przybliżyliśmy się do nich i stopniowo odnajdywaliśmy pozostałe choć i to nie było łatwe, bo słychać było jak się odzywają blisko nas, a póki pozostawały nieruchome nie mogliśmy ich „wyseparować” z otoczenia. Po ponad 2 godzinach przebywania z nimi przyzwyczaiły się do nas na tyle, że nie oddalały się i spokojnie żerowały lub odpoczywały między bruzdami pola. Był to najlepszy moment na podjęcie przeze mnie próby ich sfotografowania.
Prostowanie skrzydeł...
Wiedziałem jednak, że jedyną słuszną metodą podejścia ptaków będzie podczołganie się do nich w tym świeżym, mokrym błotku, gdyż widziałem jak wcześniej Robert próbujący do nich podejść z lunetą po polu zassał się w maź po kolano i niewiele brakowało a zostawiłby na lub raczej w polu swoje buty. Nie zwlekając wziąłem aparat z „Grubą Bertą”, zapas kart pamięci i  przytuliłem się do niezbyt ciepłego, mokrego błotka. Na początku póki goretex wytrzymywał było w miarę dobrze. Ale po przeczołganiu się 100 metrów miałem wszystko, tu powtórzę i podkreślę wszystko dokumentnie mokre do samych majtek! To moim zdaniem jeden z wielu powodów dla których zdjęcia dzikiej zwierzyny powinny w wydawnictwach kosztować więcej niż takie, które wykonać jest dużo łatwiej i przyjemniej (zachodzące słoneczko, drzewka, „klimaciki” i tym podobne). Gdy zbliżyłem się do ptaszków na odległość gwarantującą ciekawe ujęcia rozpocząłem zapełnianie kart. Po pewnym czasie ptaki tak zżyły się ze mną, że moja obecność w ogóle im nie przeszkadzała i zajmowały się swoimi sprawami co pozwoliło mi puścić wodze fantazji i skoncentrować się na kadrowaniu. Przemieszczałem się po tym błotku w lewo i w prawo w poszukiwaniu najlepszych ujęć. A potwierdzeniem tego jak ciężko dostrzec mornele w ich naturalnym środowisku może być fakt, że gdy fotografowałem jednego z nich i przesuwałem się w bok w poszukiwaniu zadowalającego mnie ujęcia to niemalże wczołgałem się na innego gdy ten  siedział sobie spokojnie odpoczywając między bruzdami. Zauważyłem go dopiero gdy był 2 metry ode mnie, więc wycofałem się ostrożnie i wykonałem mu zdjęcia portretowe.
Portret mornela
Gdy wszystkie karty już zapełniłem, a było tego z 40 Gb pamięci, pomału wycofałem się taplając w błotku drogą, którą tu przyszedłem, bo innej niestety nie było L. Ubrudzony i zmordowany (polecam wszystkim gimnastykę w błocie z 8 kg sprzętu), ale szczęśliwy i uradowany oddaliłem się wraz z Robertem do samochodu w celu wykonania totalnej zamiany ubrań (na szczęście miałem w bagażniku drugi komplet na zmianę), bo w tym w czym byłem wsiąść do samochodu z pewnością się nie dało (patrz foto autora).
Autor po czołganiu się do morneli.
I tak zakończyła się moja kolejna ciekawa przygoda z ptakami, a kilka z jej efektów okrasza ten krótki artykuł. Na więcej zainteresowanych zapraszam oczywiście na http://www.pawelwaclawik.pl/ J.

piątek, 4 listopada 2011

Tajemniczy syczek czyli nocne eskapady wczasowiczów

Opowieść ta nie jest opisem typowej wyprawy przyrodniczej. Chciałem jednak na jej przykładzie pokazać i udowodnić, że prawdziwy miłośnik przyrody jest zawsze przygotowany na różne niespodzianki i rzadkości terenowe, niezależnie od tego gdzie i w jakim czasie się znajduje. Otóż moja przygoda z bardzo rzadką w Polsce sową - syczkiem (łac. Otus scops) rozpoczęła się zupełnie przypadkowo podczas pobytu wypoczynkowego z rodziną w Turcji na wybrzeżu Morza Śródziemnego w typowym kurorcie turystycznym. W takiej niewielkiej miejscowości mieszkańcy żyją tylko i wyłącznie dzięki turystyce, gdyż ośrodki znajdują się tam wręcz jeden obok drugiego. Ośrodek mój był położony w prześwietlonym lesie sosnowym gdzie rozłożyste korony dorodnych drzew są ukryciem i domem dla wielu stworzeń. Samo spotkanie z tą ciekawą sową zaczęło się dość śmiesznie, aczkolwiek w sposób typowy jak dla ptaków, bo od kontaktu z jej głosem. Po kilku dniach pobytu w ośrodku zwróciłem uwagę (a wręcz chciałem iść zgłosić ten fakt do recepcji hotelu jako uciążliwy) na monotonny, powtarzający się codziennie od wieczora do późnych godzin nocnych hałas. Myślałem, że są to dźwięki wydawane przez zraszacze rozmieszczone na terenie całego ośrodka, jako że dla podtrzymania tak bujnej roślinności w tym upale musi być ona regularnie co wieczór intensywnie podlewana. Były to powtarzane przez kilka godzin z dużą regularnością (co około 2 – 3 sekundy) jednostajne, specyficzne gwizdy „tjuu”, które na dłuższą metę (szczególnie ich monotonność gdy chce się zasnąć w nocy J) mogą przyprawić o ból głowy. Dobiegały one z różnych miejsc ośrodka.

Syczek - sowa południowej Europy
Jakże wielkie było moje zdziwienie gdy pewnego dnia czekając o zmierzchu na balkonie naszego pokoju, aż reszta rodziny wyszykuje się do kolacji po całym dniu aktywnego opalania, zacząłem sobie gwizdać wtórując tym tajemniczym dźwiękom. O mało co nie spadłem z fotela gdy po kilku minutach na rogu sąsiedniego balkonu (w odległości 4-5m) usiadła nieduża (wielkości szpaka) brązowo-szara sowa, która z wielkim zaciekawieniem przyglądała mi się przez dłuższy czas. Zamarłem w bezruchu lub raczej będę bliżej prawdy jeśli powiem, że osłupiałem ze zdziwienia. Zobaczyłem jak się potem okazało sowę - syczka, która jest bardzo rzadka w Polsce, a w Turcji często spotykana. Była to młoda tegoroczna sówka, która myślała, że jeden z jej rodziców nawołuje ją i ma dla niej jakiś smakołyk do zjedzenia. Ponieważ siedziałem nieruchomo (no bo w takim upale to i człowiek staje się „osowiały” J) podleciała naprawdę blisko i w ogóle się nie bała. Od tego momentu oszalałem na punkcie uwiecznienia tego ptaka na kliszy mojego aparatu. Zaczęliśmy codziennie później chodzić na kolację, ponieważ biegałem z aparatem po ośrodku śledząc tajemniczy do niedawna głos. Jak się później okazało była to cała rodzinka młodych sów. Syczki dawały się podejść na niedużą odległość. Były mocno wygłodniałe po upalnym dniu (temperatury w południe sięgały 44 st. C), który zwykle przesiadywały ukryte w gąszczu zieleni drzemiąc  w półśnie (patrz zdjęcie) oczekując na wieczór i noc.

Młody syczek śpiący podczas upałów w cieniu gęstej roślinności
Czasami zdarzało się, że widziałem w ich pobliżu rodziców. Niemniej jednak dorosłe ptaki były bardziej bojaźliwe i przyglądały mi się z dużo większej odległości. Efekty moich nocnych eskapad załączam w postaci zdjęć.

Zauważył mnie .....
Coś przyciągnęło jego uwagę
Temat sów tak zdominował mój pobyt na urlopie wypoczynkowym, że nawet w ciągu dnia spacerując po ośrodku miałem oczy szeroko otwarte jak sowa nocą. Moja czujność przyrodnika – eksploratora została nagrodzona, gdyż pewnego dnia znalazłem maluchy ukryte w gąszczu zielonych krzaków, nieopodal kortów tenisowych (co uwieczniłem na zdjęciach) cierpliwie czekające na nadejście chłodniejszego J (około dwudziestu kilku st. C) wieczoru, kiedy to aktywność ich znacząco wzrastała.

Zaciekawiony maluch przy kortach tenisowych
Portret syczka
Półsen :-)
Czujny i dobrze ukryty w gęstwinie liści
 Ogólnie wyjazd mogę podsumować jako niezwykle udany ponieważ wszyscy wrócili z niego zadowoleni. Żona i syn wypoczęci i opaleni, a tata Paweł szczęśliwy ze spotkania tak niezwykłej i rzadkiej w Polsce sowy, którą na dodatek udało mu się udokumentować na zdjęciach. Oczywiście doświadczeni „ptasiarze” wiedza, że Turcja (a szczególnie cieśnina Bosfor i wzgórza Istambułu) jest mekką dla tych, którzy chcą „zaliczyć” wiele gatunków różnych ptaków w krótkim czasie. Są tam miejsca gdzie uzbrojeni w lunety ornitolodzy godzinami siedzą i śledzą niebo wyszukując na przelotach rzadkości ornitologiczne. Gorąco polecam tego typu aktywny wypoczynek, bo zadowoli on tych którzy chcą się „wybyczyć”, ale i tych, którzy chcą od życia coś więcej.
Z sowim pozdrowieniem,

Bliski kolega syczka
Paweł Wacławik

sobota, 17 września 2011

Dzieła mojego taty


Jako, że tata jest zabieganym człowiekiem postanowiłem wziąć sprawy w swoje ręce i zaprosić wszystkich do odwiedzenia jego strony. Po więcej miłych wrażeń zapraszam na stronę www.pawelwaclawik.pl,   pokazując tu tylko kilka zdjęć dla podsycenia apetytów oglądających.

Dudek

Dymówka w locie

Dymówka karmiąca potomstwo

Podróżniczek - najpiękniejszy polski słowik

Wąsatka - chyba nikt nie ma wątpliwości skąd wzięła się nazwa tego pięknego ptaka?

Żołna - doskonały łowca