Ech na co mi przyszło na stare lata. Ja człowiek o ścisłym umyśle, który z języka polskiego w liceum miał u pani Kalinowskiej trójkę plus wziąłem się za pisanie artykułów na mój blog o fotografii przyrodniczej J. Wstałem rano, złapała mnie wena twórcza i na głodniaka zasiadłem do pisania. Mój ojciec zawsze powtarzał mi gdy uczęszczałem do szkoły, że uczeń lekko głodny lepiej myśli niż ten przejedzony, więc może coś z tego mojego pisania będzie J?
Wszystko wydarzyło się jesienią, bo jest to czas gdy mornele odbywają swoje migracje na zimowiska. Co ciekawsze zwykle częściej obserwowane są przez ornitologów o tej porze roku mimo, że wiosną lecą w przeciwną stronę i również do postojów oraz żerowania wykorzystują pola orne.
 |
| Mornelowe pole... |
Jednak wiosną doniesień o ich obserwacjach jest bardzo mało lub nie ma wcale. Dlaczego spytacie? Być może wynika to z faktu, że ornitolodzy mają wiosną „pełne ręce roboty” J i nie koncentrują się na trudnych tematach, bo do takich bez wątpienia należy wykrycie stadka kilku niedużych ptaszków w bezkresie pól ornych.
 |
| Mornela skrytego pomiędzy bruzdami zaoranego pola ciężko dostrzec. |
 |
| Mornel na polu ornym. |
Tak naprawdę trzeba poświęcić wiele godzin na chodzenie po polach i to bez gwarancji, że będą tam mornele. A wszem i wobec wiadomo, że jakieś rozlewiska, stawy, rzeki wraz z otaczającymi je trzcinami, łąkami, polami i zadrzewieniami są siedliskiem gdzie występuje bardzo dużo ptaków i tam na pewniaka zobaczymy wiele gatunków. Jest to więc dużo łatwiejsze i przyjemniejsze. Prawdopodobnie dlatego niewielu jest śmiałków, którzy mają tyle samozaparcia (bo tak trzeba to nazwać J!) by godzinami przemierzać pola (a chodzenie po błotnistym polu ornym do łatwych nie należy, o czym powiem później) i wpatrywać się przez lornetkę czy lunetę w pustą, bezkresną przestrzeń. W tym wszystkim ważne jest to, że gdy mornele znajdą dogodne żerowisko (czytaj: pole) to istnieje duża szansa, że zagoszczą tam dłuższy czas i tylko załamanie warunków pogodowych spowoduje, iż polecą dalej. Tak też było w moim przypadku. Otrzymałem informację od kolegi z M-ŚTO (Mazowiecko-Świętokrzyskie Towarzystwo Ornitologiczne), iż widział on stado 9 morneli na polach pod Węgrowem. Nie namyślając się długo podjąłem wraz z kolegą Robertem Miciałkiewiczem decyzję, że jedziemy i szukamy, a być może będzie nam dane zobaczyć ów arcy ciekawy i rzadko obserwowany w Polsce gatunek ptaka. Hołdując zasadzie, że nie ma złej pogody na ptaki, są tylko źle ubrani ludzie skoro świt pojechaliśmy pod wskazany adres.
 |
| Mornel w pełnej krasie |
 |
| Mornel przycupnięty do ziemi jest niewidoczny |
Był ciepły, aczkolwiek nieco pochmurny wrześniowy dzień. Jednak taka pogoda jest dużo lepsza do obserwacji ptaków z dwóch powodów: nie jest gorąco i nie ma ostrego słońca, które powoduje, że ptaszek o brązowo-kremowym ubarwieniu siedzący pomiędzy zaoranymi bruzdami jest praktycznie niezauważalny na tle brązowego pola ornego. Tak naprawdę, jak to jest w wypadku wszystkich ptaków, najłatwiej stwierdzić obecność morneli po głosie lub w momencie gdy wzniosą się ponad linię horyzontu przelatując z miejsca na miejsce. I dlatego był ze mną Robert, bo on nie dość, że rozmawia z ptakami to zna wszystkie możliwe ich głosy: godowe, kontaktowe i ostrzegawcze jakie często wydają ptaki gdy zobaczą na niebie drapieżnika. Taki człowiek pod ręką to żywy skarb o czym przekonał się zespół uczestników rajdu ptasiarzy z 2010 roku o dźwięcznej nazwie MSW J (skrót od Miciałkiewicz-Stelmach-Wacławik i proszę nie mylić tego z niczym innym J!) Gdy zbliżyliśmy się do wskazanego nam miejsca tak naprawdę nieco się załamaliśmy, bo owszem ptaki widziane były na jednym kawałku, ale podobnych pól było tam wkoło wiele i tak naprawdę mogły siedzieć wszędzie. Było to jak przysłowiowe szukanie igły w stogu siana. No cóż pomyślałem, zadanie nie jest łatwe, ale w końcu do rozwiązywania trudnych zadań w pracy przywykłem to i temu „projektowi” J (modne słowo ostatnimi czasy w korporacjach) podołam. Rozpoczęliśmy skanowanie terenu wszelkim możliwym sprzętem optycznym najwyższej jakości. Na nasze nieszczęście ptaki nie odzywały się. Pochmurna pogoda i wiatr spowodowały, iż siedziały gdzieś tam w bezkresie pól cichutko przycupnięte z nadzieją, że wprawne oko ptasiarzy ich nie dostrzeże. I tu się myliły J. Po półtorej godziny wpatrywania się w pole jeden z morneli popełnił błąd taktyczny i wyszedł daleko od nas na granicę pola i nieba. Tego tylko było nam trzeba. Został natychmiast zauważony przez niezastąpionego Roberta. Gdy znaliśmy już lokalizację jednego to przybliżyliśmy się do nich i stopniowo odnajdywaliśmy pozostałe choć i to nie było łatwe, bo słychać było jak się odzywają blisko nas, a póki pozostawały nieruchome nie mogliśmy ich „wyseparować” z otoczenia. Po ponad 2 godzinach przebywania z nimi przyzwyczaiły się do nas na tyle, że nie oddalały się i spokojnie żerowały lub odpoczywały między bruzdami pola. Był to najlepszy moment na podjęcie przeze mnie próby ich sfotografowania.
 |
| Prostowanie skrzydeł... |
Wiedziałem jednak, że jedyną słuszną metodą podejścia ptaków będzie podczołganie się do nich w tym świeżym, mokrym błotku, gdyż widziałem jak wcześniej Robert próbujący do nich podejść z lunetą po polu zassał się w maź po kolano i niewiele brakowało a zostawiłby na lub raczej w polu swoje buty. Nie zwlekając wziąłem aparat z „Grubą Bertą”, zapas kart pamięci i przytuliłem się do niezbyt ciepłego, mokrego błotka. Na początku póki goretex wytrzymywał było w miarę dobrze. Ale po przeczołganiu się 100 metrów miałem wszystko, tu powtórzę i podkreślę wszystko dokumentnie mokre do samych majtek! To moim zdaniem jeden z wielu powodów dla których zdjęcia dzikiej zwierzyny powinny w wydawnictwach kosztować więcej niż takie, które wykonać jest dużo łatwiej i przyjemniej (zachodzące słoneczko, drzewka, „klimaciki” i tym podobne). Gdy zbliżyłem się do ptaszków na odległość gwarantującą ciekawe ujęcia rozpocząłem zapełnianie kart. Po pewnym czasie ptaki tak zżyły się ze mną, że moja obecność w ogóle im nie przeszkadzała i zajmowały się swoimi sprawami co pozwoliło mi puścić wodze fantazji i skoncentrować się na kadrowaniu. Przemieszczałem się po tym błotku w lewo i w prawo w poszukiwaniu najlepszych ujęć. A potwierdzeniem tego jak ciężko dostrzec mornele w ich naturalnym środowisku może być fakt, że gdy fotografowałem jednego z nich i przesuwałem się w bok w poszukiwaniu zadowalającego mnie ujęcia to niemalże wczołgałem się na innego gdy ten siedział sobie spokojnie odpoczywając między bruzdami. Zauważyłem go dopiero gdy był 2 metry ode mnie, więc wycofałem się ostrożnie i wykonałem mu zdjęcia portretowe.
 |
| Portret mornela |
Gdy wszystkie karty już zapełniłem, a było tego z 40 Gb pamięci, pomału wycofałem się taplając w błotku drogą, którą tu przyszedłem, bo innej niestety nie było
L. Ubrudzony i zmordowany (polecam wszystkim gimnastykę w błocie z 8 kg sprzętu), ale szczęśliwy i uradowany oddaliłem się wraz z Robertem do samochodu w celu wykonania totalnej zamiany ubrań (na szczęście miałem w bagażniku drugi komplet na zmianę), bo w tym w czym byłem wsiąść do samochodu z pewnością się nie dało (patrz foto autora).
 |
| Autor po czołganiu się do morneli. |
I tak zakończyła się moja kolejna ciekawa przygoda z ptakami, a kilka z jej efektów okrasza ten krótki artykuł. Na więcej zainteresowanych zapraszam oczywiście na
http://www.pawelwaclawik.pl/ J.